Strona główna
Składki i zamówienie
Budowa w Holandii
Służba II RP
Epizod Talliński
Przejście przez Sund
Służba w Royal Navy
Tajemniczy koniec
Kalendarium
Załoga
Dane techniczne
Galeria
O "Orle"
Nowe "Orły"
Księga gości
Linki





Webmaster:
Tomasz Grzanka
2001



Gdy po przybyciu "Orła" do Rosyth Anglicy zapytali, czym mogą służyć swym niespodziewanie z dalekiego Bałtyku przybyłym sprzymierzeńcom, kapitan Grudziński wyraził trzy życzenia: wyokrętować na ląd i odstawić do szpitala poważnie chorego kucharza, napełnić zbiorniki słodką wodą i doprowadzić do stanu używalności działa okrętowe. A wtedy, "Orzeł" może być do dyspozycji aliantów i iść na każde wyznaczone mu zadanie. W praktyce trzecie życzenie było na razie nie do spełnienia. Działa "Orła", o czym już wspomniano, pochodziły ze Szwecji i zastąpienie wymontowanych w Tallinie zamków było w Anglii niemożliwe. Anglicy obiecali wprawdzie brakujące zamki zamówić w Szwecji, ale to musiało potrwać przez dłuższy okres. Należało także wyrzutnie na "Orle" dopasować poprzez pewne zmiany z torped typu AB na typ "Mark VIII". Perspektywa wykonania tej czynności jak i potrzeba przeprowadzenia naprawy różnych uszkodzeń, odniesionych przez okręt w czasie ostatniej podróży, pociągnęły za sobą konieczność przejścia "Orła" do Dundee. Remontu "Orła" miano dokonać w stoczni Caledon Shipbuilding & Engineering Company Ltd. Do największego z doków tej firmy, do East Graving Dock, na przedział ponad dwóch tygodni wprowadzony został "Orzeł" celem dokonania remontu. Okręt miał postrzelany kiosk, uszkodzony na głowicy Talińskiego portu dziób, ster pozbawiony osłony, wyszczerbione pióra śrub, uszkodzony falszkil oraz nieszczelności w balastach i zbiornikach. W sumie jednak remont nie był zbyt poważny. Po tym co przeszedł, miał właściwie zupełnie dobrą kondycję. W dniu 1 grudnia 1939 roku remont był ukończony, "Orzeł" wyszedł z doku i opuścił gościnne Dundee, powracając do Rosyth.

W Rosyth stacjonowała Druga Flotylla Okrętów Podwodnych, w skład której uprzednio już wszedł "Wilk", a z kolei przydzielony został do niej również i "Orzeł", który otrzymał numer taktyczny 85-A. Bazą flotylli był HMS Forth, jedna z kilku posiadanych przez Royal Navy jednostek tej kategorii, wybudowanych specjalnie w charakterze baz dla okrętów podwodnych. Na początku drugiej połowy grudnia 1939 roku w skład załogi "Orła" weszło kilku nowych marynarzy, a kilku z dotychczasowej załogi zostało wyokrętowanych. Zresztą uzupełnienie było potrzebne choćby ze względu, że dwóch ludzi pozostało w Tallinie. Dowództwo Drugiej Floty przydzieliło na "Orła" ekipę łącznikową, która weszła w skład jego załogi i miała na nim wziąć udział w operacjach bojowych. Składała się ona z oficera łącznikowego i kilku podoficerów sygnalistów i radiotelegrafistów. Zapewniała ona zdaniem Royal Navy sprawną łączność z polskimi jednostkami. Mając skompletowaną załogę okręt gotów był do akcji, chociaż na przeszkodzie stał jeszcze brak pełnego uzbrojenia. Postanowiono więc użyć "Orła" do działań na przybrzeżnych wodach. Tak też się stało, okręt w charakterze eskortowca dwukrotnie przeprowadził statki handlowe na krótkich trasach pomiędzy portami brytyjskimi. Były to jakby rejsy próbne, podczas których załoga nabierała praktyki w działaniu w nowych warunkach, a ekipa łącznikowa "docierała" swą współpracę z Polakami.

Po świętach Bożego Narodzenia, które dodatkowo spotęgowały nostalgię Polaków rzuconych przez los do Anglii, szef sztabu Drugiej Flotylli zaproponował kapitanowi Grudzińskiemu wyjście "Orła" na Morze Północne. Miał to być udział w eskortowaniu konwoju, ale już nie jedynie na wodach brytyjskich; konwój bowiem płynął do Norwegii. Kapitan Grudziński propozycję przyjął i "Orzeł" przeszedł do Lerwick na Szetlandach, skąd 29 grudnia wyszedł wraz z małym konwojem do Bergen. Eskortę konwoju stanowiły cztery brytyjskie niszczyciele i "Orzeł". Pogoda była bardzo zła - morze wzburzone i bardzo zimno, ale szczęśliwie na tym kończyły się przeciwności losu w tym rejsie. Nieprzyjaciel nie pokazał się ani w drodze do Bergen, ani w marszu powrotnym i okręt walczyć musiał tylko z siłami żywiołu. Zarówno wszystkie statki konwoju, jak i okręty eskorty odbyły rejs pomyślnie. Następne wyjście "Orła" było samodzielne: na patrol na wody norweskie. Dwa niszczyciele wyprowadziły okręt podwodny z bazy na pełne morze, skąd szedł dalej - do swego sektora - na powierzchni. W sektorze rozpoczęło się normalne patrolowanie. Z nastaniem ranka "Orzeł" się na głębokość peryskopu i przemierzał swój sektor wypatrując śladu dymu na horyzoncie. O zmroku wychodził na powierzchnię, aby naładować akumulatory. O świcie znów się zanurzał i czynności powtarzały się: okręt krążył w poszukiwaniu wroga. Po dwóch tygodniach patrolu "Orzeł" powrócił do bazy. W przerwie między drugim i trzecim patrolem "Orła" w dniu 26 lutego baza Drugiej Flotylli przeżyła swój wielki dzień - odwiedziny króla Jerzego VI.

W połowie marca "Orzeł" znalazł się na swym czwartym patrolu, tym razem w rejonie Stavanger, dużego portu na południe od Bregen, w południowo zachodniej Norwegii. I wtedy właśnie nastąpiło od dawna oczekiwane i upragnione spotkanie ze statkiem handlowym. ORP "Orzeł" wyburzył się powoli wieżyczką na powierzchnię, a dowódca i sygnalista wdrapali się na pomost nawigacyjny. Nadano sygnał ratierem: "Oficer z książkami okrętowymi - zameldować się na pokładzie o." . W kilka minut później od burty obcego statku odbiła motorówka. Na pokład "Orła" wdrapał się zdenerwowany oficer marynarki wojennej. Papiery okazały się w porządku, statek wiózł jajka i bekony z Danii do Anglii.

Na swój piąty patrol "Orzeł" wyszedł z Rosyth w dniu 3 kwietnia 1940 roku po południu. Przez ten i następne dwa dni okręt, płynąc przez rejon nie zagrożony przez nieprzyjaciela, szedł na powierzchni. Rejs przebiegał bez wydarzeń. Rano 6 kwietnia dowódca dał rozkaz przejścia w zanurzenie, po czym do wieczora "Orzeł" szedł na głębokości peryskopowej. O godzinie 20.00 dowódca dał rozkaz wynurzyć się na sterach. Okręt wykonał manewr i silniki Diesla rozpoczęły swoją pracę, ładując akumulatory. Noc minęła spokojnie i nad ranem "Orzeł" dotarł do skraju wyznaczonego sobie sektora. Pogoda była bardzo dobra. Zaczynało się przejaśniać, "Orzeł" więc znów poszedł w zanurzenie. Dzień upłynął znów bez wydarzeń. Zapadł zmrok i okręt mógł wyjść na powierzchnię. Noc minęła znów bez wydarzeń. O świcie 8 kwietnia "Orzeł", jak zwykle o tej porze, zanurzył się. Przedpołudnie zeszło na wykonywaniu pomiarów cyrkulacji, polegających na marszu po linii koła przy zachowaniu stałego kąta wychylenia steru i niezmiennej szybkości. O godzinie 10.15 pomiary były dokonane i wtedy właśnie oficer wachtowy omiatając peryskopem horyzont dostrzegł na południu nikła, ledwie widoczną plamkę dymu. Natychmiast meldunek o tym przekazany został dowódcy. Minuty z wolna mijały, sytuacja nie ulegała zmianie. Odległość była zbyt wielka, aby rozpoznać przynależność statku, przypuszczano jednak, że jest to statek neutralny. Była godzina 11.00, kiedy kapitan Grudziński wydał rozkaz alarmu bojowego nawodnego. Po chwili centrala zapełniła się członkami oddziału abordażowego, któremu przewodził zastępca dowódcy. Kapitan raz jeszcze spogląda przez peryskop. Widzi w nim średniej wielkości, jednokominowy frachtowiec o czarnym kadłubie i białych nadbudówkach. Kurs statku jest podejrzany, gdyż statek idzie z południa od wybrzeży duńskich lub niemieckich. Dowódca "Orła" jeszcze raz dokonuje obserwacji i zauważa słabo zamalowaną nazwę portu macierzystego: Hamburg. Widzi również nazwę statku: "Rio de Janeiro". Po wyszasowaniu balastów "Orzeł" wynurzył się na powierzchnię, a dowódca i towarzyszący mu oficerowie sygnaliści wyszli na pomost. Na maszcie sygnałowym podniesione zostały flagi międzynarodowego kodu znaczące: "Zatrzymajcie natychmiast wasz statek, kapitan z papierami na okręt podwodny". Chociaż odległość od ""Rio de Janeiro" nie wynosiła więcej niż 1200 metrów i flagi kodu musiały być na statku widoczne, jednak Niemcy nie myśleli słuchać rozkazu, wręcz przeciwnie, statek zwiększył szybkość i usiłował ujść. Ale wtedy i "Orzeł" ruszył całą naprzód. kiedy na rozkaz kapitana Grudzińskiego karabin maszynowy "Orła" dał serię ostrzegawczą, początkowo tylko w kierunku, a później po burcie statku, ten zastopował. W tej samej chwili na reję rufowego masztu podciągnięta została chorągiewka oznaczająca, iż sygnał "Orła" został zrozumiany. świadczył o tym również ruch na pokładzie. Wkrótce na wodę została spuszczona łódź, do której zeszły dwie osoby: wioślarz i prawdopodobnie kapitan statku z papierami. Minęło kilka dalszych minut. Napędzana jedną parą wioseł łódź opłynęła kilkadziesiąt metrów od burty statku, ale później jakby stanęła w miejscu mimo ruchu wioseł. Na "Orle" zorientowano się, że jest to gra na zwłokę. Dochodziła 11.20, a sytuacja nie zmieniła się. Wtedy, niemal jednocześnie, na pomoście rozległy się trzy meldunki. "Dwa kutry idą na nas od brzegów Norwegii!"- meldował sygnalista, "W bardzo bliskiej odległości nadawany jest sygnał radiowy w niezrozumiałym kodzie" - meldował radiotelegrafista; "Szybkobieżna motorówka od brzegu" - meldował znowu sygnalista. W odpowiedzi kapitan Grudziński daje rozkaz podniesienia sygnału : "Opuść natychmiast statek, za pięć minut strzelam torpedę".

Po chwili "Rio de Janeiro" podnosi sygnał, że zrozumiano, ale obraz pozostaje niezmieniony, Na "Orle" ostatnie przygotowania. Dowódca wydaje decyzję odpalenia tylko jednej torpedy. Oficer torpedowy , podporucznik Mokrski, melduje gotowość. Kapitan spogląda na zegarek i daje rozkaz wykonania pierwszego tempa, czyli zalania odnośnego aparatu torpedowego wodą. Upływa jeszcze chwila z ust dowódcy pada rozkaz: "Aparat torpedowy numer dwa pal!". Był to pierwszy atak torpedowy "Orła" i torpeda chybiła. Po chwili odpaloną drugą torpedę. To zrelacjonował podchorąży Eryk Sopoćko: "[…]nieznaczna biała smuga skotłowanej […] wody, wyraźnie znaczyła ślad. Wciąż wydłużająca się linia idealnie prosto zbliżała się do "Rio". […] Bukiet ognia, pary i dymu wystrzelił ze środka nieprzyjacielskiego statku. […] Statek niemiecki powoli przechyla się na burtę, w naszą stronę. Pośrodku, tuż pod nadbudówką i kominem, czarny, dymiący wciąż otwór. To ślad naszej torpedy.". Dalszą obserwację tej sceny przerwał meldunek o zbliżającym się samolocie od strony lądu. Kapitan Grudziński dał sygnał zanurzenia i okręt zanurzył się na głębokość peryskopową. Storpedowany statek wprawdzie nieco się przechylił na burtę, ale na tym się skończyło. W tej sytuacji trzeba było szybko działać, żeby dokonać dzieła zniszczenia. Kapitan Grudziński wydał więc rozkaz przejścia w zanurzeniu po obwodzie koła, w którego środku znajdował się statek, na drugą jego stronę. O godzinie pierwszej po południu ukończono manewr. W spokoju dokonano przygotowań do ataku, o 13.15 została odpalona torpeda. Po chwili głucha detonacja wstrząsa okrętem. Statek natychmiast przełamał się i zaczął tonąć. Najpierw znikł pod wodą dziób, później, wolniej pogrążyła się rufa.

Noc z 8 na 9 kwietnia minęła na "Orle" bez wydarzeń. W południe w sektorze "Orła" zjawiły się trzy patrolowce. Były to duże trawlery rybackie przystosowane do zwalczania o.p. "Orzeł" oddalił się od trawlerów, myszkujących przy wybrzeżu. Wynurzenie "Orła" nastąpiło dopiero około północy, po 16 godzinach przebywania pod wodą, kiedy w pomieszczeniach okrętu było już dość trudno oddychać. Noc przeszła spokojnie i o szóstej rano "Orzeł" znów się zanurzył. W sektorze nadal krążyły trzy trawlery zauważone poprzedniego dnia, więc kapitan postanowił odczekać kiedy zespół się rozdzieli i wówczas zaatakować jeden lub dwa trawlery jednocześnie. Okazja ta nadarzyła się przed południem i "Orzeł" wystrzelił dwie torpedy do jednego z dwu znajdujących się w pobliżu siebie okrętów niemieckich. Niespodziewanie jednak tuż po odpaleniu torped "Orzeł" sam się stał obiektem ataku nieprzyjacielskiego samolotu, który obrzucił go zwykłymi bombami. Skutkiem tego stojący przy peryskopie dowódca nie zdążył zaobserwować rezultatu wykonanego ataku torpedowego, ale dwa dalekie wybuchy zdawały się świadczyć o tym, że torpedy trafiły w cel. Dopiero późnym popołudniem "Orzeł" poszedł na głębokość peryskopową. Na powierzchni wody zauważono tylko dwa trawlery. Noc przeszła spokojnie, rano zaś, kiedy załoga spożywała śniadanie, zelektryzowała wszystkich wiadomość, że podsłuch wykrył w pobliżu obecność wielkiej jednostki.

Gdy porucznik Piasecki dokonuje obrotu aparatów torpedowych, kilka silnych detonacji wstrząsa okrętem. Nastąpiło znów długotrwałe polowanie na "Orła" ze strony nieprzyjacielskich samolotów i starych znajomych: dwóch trawlerów, które eskortowały konwój. Około godziny 18.00, kiedy wewnątrz okrętu musiano dla odświeżenia powietrza puścić trochę tlenu z butli tlenowych, dowódca zdecydował się podejść na głębokość peryskopową. ponieważ nie było pewności, czy niebezpieczeństwo minęło, więc wynurzenie odbywało się na samych sterach . Trwało to dość długo i dochodziła godzina 20.00, kiedy peryskop "Orła" wychylił się na powierzchnię. Zniesiony prądem morskim "Orzeł" znajdował się głębi fiordu. Około godziny 21.00 wyszedł na powierzchnię ładować akumulatory. Tym razem Niemcy szczególnie zaciekle tropili "Orła", znajdującego się chwilami w stosunkowo bezpiecznej odległości 85 metrów poniżej powierzchni wody. Po wynurzeniu wieczorem okazało się, że prąd zniósł okręt niemal w samo ujście fiordu. Ładowanie akumulatorów odbyło się bez żadnych przeszkód, a nad ranem, dnia 13 kwietnia - "Orzeł" otrzymał rozkaz zmiany sektora i natychmiast w zanurzeniu wyruszył w drogę. W południe okręt był w nowym sektorze, w pobliżu północnego wybrzeża Danii. Popołudnie i wieczór 13 kwietnia oraz noc i przedpołudnie 14 kwietnia minęły spokojnie. O godzinie 20.00 dostrzeżono przez peryskop trzy duże ścigacze. Spowodowało to pozostanie w zanurzeniu do północy. Później, kiedy zaszedł księżyc, "Orzeł" wyszedł na powierzchnię, ale o 2.00 w nocy musiał się znów zanurzyć. Dnia 15 kwietnia załoga "Orła" przeżyła ponownie ciężkie chwile. W sektorze były trzy nieprzyjacielskie trawlery, na których nie podejrzewano zanurzonego okrętu podwodnego, tymczasem około godziny 10.00 "Orzeł" podchodząc na wysokość peryskopu wyskoczył niespodziewanie na powierzchnię i przez chwilę nie mógł się zanurzyć. Później za to opadł dziobem i wskazówka manometru pokazywała szybko rosnącą głębokość aż do 105 metrów zanurzenia! Był to rekord głębokości "Orła", ustanowiony zresztą wskutek nie przewidzianego zacięcia się odwietrznika w zbiorniku szybkiego zanurzania. Dopiero po chwili udało się opanować sytuację. Okręt powrócił na 50 metrów, po czym ruszył naprzód, aby odejść od miejsca w którym wynurzył się na powierzchnię. Zanurzenie trwało do północy, czyli dwadzieścia dwie godziny. Był 13 dzień patrolu. Po wynurzeniu dowódca dał rozkaz: "Wracamy do bazy".

Dzień ten, 16 kwietnia minął bez groźnych sytuacji, gdyż nie napotkano nieprzyjacielskich statków i nie musiano chronić się przed bombami. Następnego dnia okręt szedł na powierzchni i wtedy, około południa rozpoznano na horyzoncie niemiecki samolot typu Heinkel. "Orzeł" szybko się zanurzył i rzucone bomby nie wyrządziły mu szkody. Podchodząc na głębokość peryskopową zauważono trzy niszczyciele. To byli Brytyjczycy. "Orzeł" wyszedł na powierzchnię, wymienił sygnały rozpoznawcze z brytyjskimi niszczycielami i poszedł w dalszą drogę. W dniu 18 kwietnia rano zbliżył się do wybrzeża Szkocji i przed południem zawinął do Rosyth.

Po krótkim dziesięciodniowym postoju, "Orzeł" wyszedł w swój następny rejs, na patrol na Morze Północne, w kierunku wybrzeży norweskich. W odróżnieniu od poprzedniego patrolu ten był zupełnie bezowocny, bez historii. Jedynie 10 maja "Orzeł" został niespodzianie - ale bez skutku - zaatakowany przez niemiecki samolot. Następnego dnia okręt wrócił do bazy. Tym razem postój był trochę dłuższy niż zazwyczaj, gdyż zamontowywano i wypróbowywano zamki do dział, które choć dawno zamówione w Szwecji, dopiero teraz nadeszły z fabryki broni Boforsa. Krótko przed wyjściem na kolejny patrol, kapitan Grudziński napisał list wyjaśniający autorstwo słynnej mapy odręcznej, zrobionej prze podporucznika Mokrskiego.